sobota, 7 marca 2015

7. Maciek, co my zrobiliśmy?

Idę po schodkach i już mam wchodzić do holu, jak wpada prosto na mnie Klimek. Słyszę, że na niego wpada Dawid, a za nim kolejni. Od razu zaczynają się komentarze i wyzwiska na Klimka. Ten to jednak ma pecha. Przepuszczam wszystkich i nie mogę wytrzymać, żeby nie powiedzieć nic na temat ich spóźnienia. Tak, wiem, że ja tu jeszcze nie pracuję, że nie powinnam się rządzić, ale sorry, to co oni zrobili, to już całkowita przesada.

Stanęłam przed nimi i zaczynam :

- Hej, chłopaki. Co wy robicie?

W tym momencie za sobą usłyszałam śmiechy. Wśród nich także Manuela. Odwracam się, a tam cała grupka Austriaków.

- Hej, mała. Polacy nie przeszkadzają? Wszyscy wiemy, że w tej kadrze nie łatwo. Może przeszłabyś do nas, co?

Te słowa mówi nikt inny, jak Gregor. Po prostu zawsze wiedziałam, że jest dupkiem nadętym, ale że aż tak? Jeszcze mówi to takim głosem, że rzygać mi się chce. A Manuel? Nic sobie z tego nie robi. Stoi. Nie wierzę po prostu. Jak on tak może. Nie umiem wymyślić tak szybko żadnej dobrej odpowiedzi, więc odwracam się do nich dupą. W moment słyszę pojedynczy gwizd i nawet nie muszę się odwracać, żeby mieć pewność, z jakim uśmieszkiem stoi teraz Schlierenzauer. Nie raz widziałam to w telewizji i naprawdę, teraz nie mam najmniejszej ochoty na to patrzeć. Zaczynam do chłopaków jeszcze raz :

- Nie możecie tak robić dla Łukasza. Czemu nikt inny się nie spóźnia nigdzie, tylko Polacy??

- A kim Ty jesteś, że wiesz jak zachowują się inni skoczkowie i kim jesteś, że myślisz, że możesz nas pouczać?

Powiedział to Janek. Z wielkim obrzydzeniem w głosie. Prawda, kim ja jestem. Jestem tu przecież tylko przypadkiem. Na max 2 konkursy. Noo może 3. Kim ja myślę, że, do cholery, jestem?! Jestem nikim. Prawda. Na dodatek niedługo umrę. Więc nie mam żadnego prawa żeby ich pouczać i krzyczeć na nich. Może i Jasiek ma rację, zresztą, poza nim nikt się nie odezwał, więc albo się boją coś powiedzieć, albo są po stronie Jaśka. I mimo to, że nie pracuję tu, nie mam zamiaru brudzić swojego honoru. Chyba oczywiste, że odpowiem mu coś.

- Może i jestem, kim jestem. Dla Ciebie jestem nikim, a Ty dla mnie też. Ale mogę chyba powiedzieć Wam, że zachowujecie się w stosunku do niego nie fair? Że przez Was nerwicy dostanie?

- Może i możesz to mówić, ale nie łudź się nawet, że Ciebie posłuchamy, a przynajmniej ja. I przyznaj się, że łudziłaś się, że Twoja gadka coś pomoże. Nie jesteś mi tu w żaden sposób potrzebna i zrobię wszystko, żebyś pracy tutaj nie dostała. A jeśli ją dostaniesz, to gwarantuję, że nie będzie Ci sprawiała żadnej, powtarzam, ŻADNEJ, radości. Dzięki za uwagę. Chłopaki idziemy. Żeby nam Łukasz nerwicy nie dostał.

Stoję w miejscu, wydaje mi się, że z rozdziawioną buzią. Słyszę głosy Austriaków za sobą, co mnie trochę otrzeźwia. Powoli przemyślam te słowa Ziobry i wydaje mi się, że ma trochę racji. Ale że niby jakie on ma prawa, że nie dostanę pracy w kadrze? Że jak coś, to nie będzie to szczęśliwa praca? No kim on niby jest?! Dobra. Ja mogę się kłócić. Nie będzie łatwo ani mi, ani jemu. Jak sobie chce. A ten dupek, Austriak, „gwiazdeczka skoków narciarskich”? Też coś czuję, że będzie moim kolejnym wrogiem. No nieźle. W jeden dzień, a nawet w jedną godzinę, zrobiłam sobie dwóch wrogów. Jak fajnie zaczyna się moja praca. Tylko pozazdrościć.

Czuję dotyk na plecach. Odwracam się momentalnie, przerywając swoje złe myśli. To Maciek. Niestety, ma tego pecha i musi zostać zabity moim spojrzeniem. Tyle razy już mu powtarzałam, że jak ja się wkurzę, to z nikim się nie dogadam, że lepiej, żeby nikt nic do mnie nie mówił, nikt nie pojawiał się na horyzoncie, tym bardziej, że nikt ma mnie nie dotykać. I jeszcze bardziej wkurza mnie to, że Maciek nie posłuchał się tego ani razu. Za każdym pieprzonym razem robił mi na przekór. Próbował ze mną rozmawiać, specjalnie patrzył mi w oczy, nie chciał, żebym odwracała wzrok i zawsze, zawsze, dotykał i klepał mnie po plecach. Zawsze! A może to właśnie na tym polega przyjaźń? Bo ja zawsze w tym momencie jak mnie dotykał, stawałam się spokojniejsza, wzrok już nie zabijał. Kochany Maciek. Tak też jest tym razem.

- Nie martw się Ania. Jasiek ma teraz słaby czas. Nie dość, że los mu nie sprzyja, to i formy nie ma. Cudem się załapał do kadry na zawody tutaj. Współczuję mu bardzo.

- Jaki los? – muszę powiedzieć, że jestem strasznie zniecierpliwiona. Ja chyba okres będę mieć niedługo. Bo w ciąży to na pewno nie jestem. Co prawda, sex już mam za sobą, ale muszę przyznać, że był to niewypał. Strasznie wielki niewypał. Ale po kolei. Nie było to dawno. Przyszła do pokoju moja mama …

… - Kochanie! Jedziemy do szpitala. – kobieta była strasznie podekscytowana

Młodsza dziewczyna, na oko piętnasto- lub szesnastoletnia, zaniepokojona wizytą mamy, zdjęła słuchawki i czekała na powtórzenie wiadomości.

- Ania, dzwonił lekarz. Mają dla Ciebie odpowiedniego dawcę szpiku.

Dziewczyna zeskakuje z łóżka i skacze, przytula się do mamy. W moment jednak zamiera. Chyba to ten moment, gdy pomyślała, jakie mogą być komplikacje, że szpik może się nie przyjąć, że to jakaś pomyłka, że ktoś sobie z niej żartuje. Popatrzyła groźnie na swoją matkę, ale szybko odrzuciła od siebie swoje oskarżenia, co widać było na jej twarzy. Miała piękną twarz, ale z widocznymi problemami, emocjami. Gdyby ktoś chciał, mógłby odczytać z jej twarzy, oczu, wszystko, co przeżywa, co myśli, co przeżyła. Ale ona na to nigdy by nie pozwoliła. Nie pozwoliła by ktokolwiek ją rozczytał, poczuł się jak ona. Nie ma mowy. Nie pozwoli na to nikomu, zawsze przy obcych ludziach opuszcza głowę, odwraca wzrok. Nie ma tych sytuacji dużo, gdyż rodzice dawno wypisali ją ze szkoły. Na pewno żeby się nie męczyła, żeby oni mogli się nią nacieszyć, żeby nikt się z niej nie śmiał, jak zaczną wypadać jej włosy. Zrobili to dla jej dobra, ale też dla siebie. Chcieli mieć ją dla siebie. Nie pomyśleli, czy dziecko chce tego, zrobili to. Może dla zwykłych uczniów, taka decyzja okazałaby się super, cieszyliby się, że nie muszą chodzić do tej szkoły. Ale dla Ani? Dla Ani to było zamknięcie w pokoju i nie wychodzenie nigdzie, wiecznie sama. Gdyby nie jej przyjaciel, nie widziałaby nikogo, oprócz swoich rodziców, którzy nawet zrezygnowali ze wspólnego świętowania z dalszą rodziną, żeby móc się nacieszyć córką. A żeby jej dać wszystko, czego chce – brali się każdej dodatkowej pracy, żeby mieć więcej pieniędzy. Przez pierwsze dni w pustym domu, znaczy się nie pustym – opiekunka zawsze czuwała, przez co czuła się jak małe dziecko - nie mogła się przyzwyczaić, że siedzi sama, nie ma do kogo się odezwać. Czasami, po drodze ze szkoły, zachodził do niej jej przyjaciel. Kochany Maciek. Życzyła dla niego jak najlepiej, żeby został skoczkiem narciarskim najlepszym na świecie. Po tygodniu była szczęśliwa, że nie musi chodzić do szkoły, patrzeć na twarze swoich wrogów, bo prawda była taka, że w klasie nie miała żadnych kolegów, cieszyła się z samotności.

Dziewczyna szybko przebrała się z obszernej bluzy, prawdopodobnie nie swojej, w obszerny sweter. Taki styl jej odpowiadał, a jako że z nikim się nie spotykała prawie, nikomu nie przeszkadzał. Miała na twarzy lekki makijaż, żeby wory nie były aż tak widoczne. Nie uważa siebie za ładną osobę. Nawet nie uważa siebie za przeciętną dziewczynę. Po prostu jest, a wygląda tak, jakby jej nie było. Nikt by na nią nie zwrócił uwagi.

W szpitalu od razu matka z córką biegną do ich lekarza. To znaczy, do lekarza Ani. Za nimi biegnie jej ojciec, zbierając części ubrań, które wyleciały im z rąk.

Nastolatka czeka w kolejce, a matka siedzi i głaszcze ją po ramieniu. Prawdopodobnie Ania nie czuje nic, bo za mocno się zamyśliła. Często tak ma. Lubi sobie pomyśleć, pomarzyć.

Ale do rzeczy. Lekarz przyjmuje ją i kieruję do sali. Dziewczyna przebiera się w szpitalne ubranie. Już tyle razy je na sobie miała, że nawet przed założeniem jego, wie, gdzie materiał odstaje tak, że swędzi, gdzie gryzie.

Córka kucharki w hotelu, bo nią jest mama Ani, leży w szpitalnym łóżku i czeka na lekarza. Gdy przychodzi, wychodzi szybko. A krzyk Ani słychać na końcu korytarza. Niestety, przeszczepu nie będzie. Okazało się jednak, że nie był dobrym dawcą. Pacjentka wybiega z sali szybciej, niż matka jest w stanie zarejestrować, co się stało.

Dziewczyna wbiega do łazienki, w moment przebiera się. Słychać jej płacz, przerywany słowami:

- Nigdy nie doczekam się zdrowia. Zanim umrę, muszę to zrobić. Przepraszam.

Nie wiadomo, o co jej chodzi, ale ma tak mocno zdeterminowaną minę, że jestem pewien, że jej się to uda. Ania wybiegła z łazienki i powiedziała dla matki, że chce się przejść, wróci później. Wyszła ze szpitala, kieruje się do klubu. Nie wiem kto ją tam wpuścił, ale jest tam. Spodziewałem się mniejszej ilości ludzi o tej porze, ale jest ich wystarczająco dużo. Ania zamówiła piwo, podszedł do niej chłopak. Nie mówią wiele, ale on momentalnie wpija się jej w usta. Szybko się gdzieś chowają, podejrzewam, że w łazience.

Tak, są tam. Myślę, że jest już po wszystkim. Ania zapinała bluzkę i starała się nie płakać. Na pewno jest to trudne. Stracić dziewictwo z jakimś facetem z klubu? Bez sensu. Nigdy więcej się nie zobaczą, w tym plus dla niej.

Powrót do domu nie jest taki łatwy z uwagi na ciągle płynące łzy.

Tak, to nie było za mądre posunięcie, ale uznajmy, że raz się żyje, a w moim przypadku nie jest to czynność długotrwała. Przyznam, że żyć nie mogłam przez kilka tygodni po tym zdarzeniu. Codziennie myślałam, czy powiedzieć o tym dla Maćka, jakby zareagował, i czy będę umiała to kiedyś zrobić z facetem którego kocham i znam? Po dokładnie miesiącu, przełamałam się. Płaczu było przy tym bardzo dużo, Maciek nie umiał wytrzymać bez krzyku. Jak dobrze, że wybrałam dzień, w którym w domu nie było nikogo. Usłyszałam wiele słów na siebie, ale nie były to słowa, o których nie wiedziałam. Wręcz przeciwnie. Większością z nich sama siebie określałam. Na szczęście po jakimś czasie, dość długim, zaakceptowałam to w jakiś sposób i nie patrzyłam już na siebie, jak na nieodpowiedzialną małolatę. Jakie ja miałam szczęście, że nie było żadnej wpadki, że nie zaszłam w ciążę, że nie mam HIVa. Maciek też zachowuje się jakby zapomniał, ale wiem że w tamtym momencie to on na pewno miał wielką ochotę żeby mnie zabić. Sama też ją miałam.

Maciek nie odpowiada mi długo, dlatego ponownie pytam:

- Jaki zły los?

Maciek łapie mnie za rękę i ciągnie do busa, a za sobą słyszę zbliżających się Austriaków. Szukam wśród nich głosu Manuela i słyszę. Lepiej, słyszę jego śmiech. Przez to sama się uśmiecham.

- Ania, chodźmy, bo sama nam mówisz, żeby się nie spóźniać, a zaraz Łukasz karę da nam. A o Jaśku powiem Ci po zawodach. Obiecuję.

Uśmiecham się i idę za nim. Nie chcę się przyznać, że nie słyszałam, co do mnie mówił, dlatego ma szczęście, bo gdybym usłyszała, to skomentowałabym to jakoś. Niekoniecznie miło. Ale w uszach nadal odbijało mi się echo śmiechu Fettnera. Maciek mnie ciągnie do busa, a ja staję. Podchodzę do Kota i całuję w czoło. Słyszę gwizdy, kolejne. Palnęłam się w czoło. Jaka idiotka! Jaką idiotką trzeba być, żeby nie pomyśleć, że za nami idą austriaccy skoczkowie? No jaką?! Kolejny śmiech, ale tym razem nie słyszę tam Manu. Boję się odwrócić w ich stronę. Nie chcę. Idziemy szybciej do busa, Maciek nie przejmuje się nimi.

Prawie siadam na miejsce, gdy słyszę głośny głos

- I kto tu się spóźnia? Ile można czekać na Was? Zamiast się tam obmacywać, to byś mogła się pośpieszyć.

Nie komentuję wypowiedzi Jaśka, ale siadam i odwracam się do niego. Nie mogę się powstrzymać i pokazuję mu faketa.

Bardzo szybko dojeżdżamy pod skocznię, a może tylko mi się tak wydaje, bo nie mogę się doczekać mojego pierwszego wyzwania?

Chłopaki poszli na rozgrzewkę, niektórzy poszli pobiegać tylko sobie znanymi ścieżkami. Ja miałam swój czas. Kibiców nie było praktycznie w ogóle. Nie dziwię się. Zostało jeszcze 2 godziny do kwalifikacji. Mam wystarczająco dużo czasu, żeby rozejrzeć się, poszukać dobrego miejsca na oglądanie konkursu i robienie zdjęć. Dobrych zdjęć. Właśnie. Usiadłam na ławce i wyjęłam swój sprzęt. Czyszczę każdy obiektyw po kolei. Moja miłość. Słyszę, że ktoś dosiada się do mnie. Podnoszę wzrok, wpatruje się we mnie jakiś facet. Jakoś w głowie świta mi, kim on jest, ale w rzeczywistości nie wiem kim jest, a on uśmiecha się tak, jakbyśmy znali się całe życie. Może ja jestem jakaś głupia ciemnota, a on jest moją rodziną i jakieś cudowne spotkanie po latach? Niee, wątpię. Aż taka to nie jestem. A nawet jeśli, to mam prawo go nie poznać, bo nie spotykam się ze swoją dalszą rodziną nawet na świętach Bożego Narodzenia, kiedy to, podobno, cała rodzina powinna zbierać się razem. Może to mój ojciec? Albo bezdomny, któremu zajęłam ławkę i teraz chce mnie zabić? Odrzucam tą myśl od siebie, chociaż byłaby to małą strata, bo niedługo i tak umrę. Ale nie chcę w taki sposób. No ale bezdomny na terenie skoczni? Bez sensu, niemożliwe. Mimo to, wolę wstać.

To też robię i szybko zbieram swoje obiektywy, aparat i chowam do torby. Przepraszam skinieniem głowy i już mam zamiar się zmyć, gdy on łapie mnie za rękę, a torba wypada mi na ziemię. Krzyknęłam przerażona, jak jakaś wariatka. Szybko schylam się i biorę swoją własność. Wyjmuję aparat i oceniam straty. Na szczęście nic niczemu się nie stało. Nie wiem czy nie jestem lekko przewrażliwiona, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

- Mam nadzieję, że nic się nie stało Twojemu sprzętowi. Nie chciałem Cię przestraszyć.

O, odezwał się. To dobrze, bo w tym momencie zaczęła śmieszyć mnie ta sytuacja. Dwie niemowy się spotkały i bez słowa się rozstają.

- Nic się nie stało. Pewnie pomyślałem, że jestem jakąś wariatką, ale ten sprzęt to moje życie.

Nieznajomy uśmiecha się. Jasne! Już wiem kim on jest! Ty ciemnoto! W tym momencie właśnie strzelam się w myślach w łeb. Przecież to jest Michael! Michael, Michael. A jakie nazwisko? Skoczek, Austriak.

- WIEM!

- Hm? Mówiłaś coś?

Rumienię się. Zaprzeczam i po raz kolejny „pukam się w czoło”. Przecież to Haybock! Jak mogłam go nie poznać.

- Nie martw się. Nie zachowuję się wcale lepiej. Każdy w kadrze ma przewrażliwienie na punkcie swoich cudeniek, ale ja to już w szczególności. Nikt, naprawdę nikt, nie może dotknąć moich nart. A! Jaki ja głupi jestem. Zapomniałem się przedstawić. Jestem

- Tak, wiem kim jesteś. Nie wysilaj się. – przerywam mu i podaję rękę. Też się przedstawiam, ale nadal nie rozumiem, co go do mnie sprowadza.

- Miło mi. Wracając, kiedyś to nawet nie pozwalałem serwismanowi dotykać moich skarbeńków, ale jakoś musiałem się przemóc. Widzę Twoją minę i naprawdę, domyślam się co o mnie myślisz, że jakiś skoczek przylazł sobie i przeszkadza Ci pieprząc o niewiadomo czym. Sorki, ale nie odpędzisz mnie teraz. Jestem przyjacielem Manuela.

To ostatnie zdanie powiedział z taką wielką dumą, że aż pierś  podniósł. Zaczęłam się śmiać, bo wyglądał tak idiotycznie, że nie mogłam inaczej.

- Dobra, jak już się poznaliśmy, to chciałem Cię w imieniu tej sieroty zaprosić na kawę, bo sam się boi podejść. Tak poza tym. Widzisz drzwi do piątego domku od prawej? Pomachajmy mu, niech mu się głupio zrobi.

Śmieję się i macham. Postać szybko znika, a ja patrzę na Michaela. Zgadzam się na kawę i siadam znowu na ławce.

- Słuchaj, Anjia. Jak Wam się nie uda, to odezwij się do mnie, coo?

Uśmiecham się, ale nie odpowiadam. Szukam w tym zdaniu drugiego dna dotyczącego mnie i Fettnera. I znalazłam. Wiadomo, że są przyjaciółmi, jak wysłał go do mnie. Myślę więc też, że Manuel powiedział mu trochę o mnie, a Michael to papla i trochę za dużo powiedział.

Michael poszedł, a ja patrzę w tym kierunku, gdzie stał Fettner. Macha do mnie i krzyczy, że pogadamy jeszcze później.

--

Na belce siada pierwszy zawodnik, a ja stoję już gotowa z aparatem. Każde ujęcie wydaje się dobre, mając w tle tak piękne widoki. Właściwie nie pamiętam, kiedy zdjęcia wychodziły mi tak doskonale. Może to za sprawą tej atmosfery, może dzięki modelom, a może to tylko mi się wydaje, że zdjęcia są dobre, bo jestem w dobrym humorze i nie chcę go sobie psuć. Nie wiem, ale też wydaje mi się to nie ważne.

Gdy słyszę spikera zapowiadającego Maćka, mimowolnie puszczam aparat i ręce zaciskam w kciuki. Niestety, jestem przesądna i ja naprawdę wierzę, że trzymanie kciuków pomaga! Ludzie stojący obok mnie niech się cieszą, że jeszcze nie doszło do tego, że dmucham komuś pod narty. I teraz odpuszczam sobie robienie zdjęć, na pewno jakoś wytłumaczę ich brak dla trenera.

Skromnie powiem, że znam się trochę na skokach, dlatego zanotowałam sobie, że wybicie z progu było lekko opóźnione. Dlatego też odległość nie była taka, jaką byśmy chcieli, żeby miał. Przykro mi, ale muszę szybko zmazać ten wyraz z twarzy, bo to Maćkowi jest smutno, nie mi. Ja muszę mu pomagać, muszę go wspierać. Patrzę na telebim i nie dziwi mnie mina Maćka, bo znam ją doskonale z poprzednich konkursów. Jakież ten chłopak ma ambicje. To znaczy nie dziwię mu się, bo sama nie jestem lepsza, ale chociaż mógłby pokazać, że choć trochę cieszy się z tego co robi.

Uśmiecham się, bo widzę, że idzie w moją stronę. To znaczy, że idzie. Bo w moją stronę to on nawet jakby nie chciał iść, to musiałby iść, bo stałam na drodze do domków. Wtedy tego nie zauważyłam, ale teraz myślę, że jakbym nie wyszła, nie podszedłby do mnie. Nie ma szans. Ale ja stanęłam naprzeciwko niego, więc zatrzymał się. Patrzę na niego i lekko uśmiecham się i kładę rękę na jego ramieniu. Chcę go uspokoić, bo widzę, że jest zły <czyt. wkurwiony>. Ale tego co zrobił, nie spodziewałam się nigdy. Jego mięśnie napięły się, pokręcił głową i zepchnął moją rękę.

- Maciek. Nie martw się. – podchodzę do niego i próbuję się wtulić w jego tors. Nie daje mi do tego okazji, bo odpycha mnie od siebie i próbuje iść dalej

A ja, jako że nigdy się nie poddaję, zatrzymuję go.

- Czego Ty chcesz Anka?! – w jego głosie jest tyle jadu, że nigdy aż tyle go nie słyszałam. Jego oczy były jeszcze ciemniejsze niż zawsze. Jeszcze bardziej wyrażały jego emocje. Sięgnęłam ręką do jego policzka, zawsze go to uspakajało. Tym razem nie. Złapał moją rękę i ścisnął nadgarstek. Poczułam łzy w oczach, chociaż właściwie ten uścisk nie był bolący, ale byłam przytłoczona jego wściekłością. Widzę, że przestraszył się, że zabolało mnie to, że zrobił mi krzywdę. Przez chwilę nawet jego oczy pojaśniały, by w końcu mnie puścił, ale złość nadal powróciła.

- Maciek! Ogarnij się. Ja chcę Ci tylko pomóc. – nie chciałam tego, ale łzy już dawno poleciały mi z oczu. Ale on zdawał się tego nie zobaczyć. – Twoja chora ambicja Cię zabija! Nie rozumiesz?! To nic nie da! Tylko sobie szkodzisz!

- Anka! Zamknij się! Ty tego nie rozumiesz! Wiesz?! Ty tego nie rozumiesz i nigdy nie zrozumiesz! Nie przyjdzie Ci nigdy zrozumieć, co znaczy chcieć wygrać! Co to znaczy poczuć, że każdy na Ciebie patrzy, że wszyscy są z Ciebie dumni. Że jesteś najlepsza. Nigdy tego nie poczujesz! Rozumiesz?!

Już nie hamuję łez. Nie obchodzi mnie właściwie, co robią dziennikarze, nie obchodzi mnie, że kłócimy się na środku dróżki, że obok nas są inni ludzie. Twarz mam całą mokrą, wzrok wbity w Maćka, ale Maćka ja nie widzę. Nie tego Maćka znam, to nie jest on.

- Jeśli nie wiesz, JA wygrywam każdego dnia. Każdego dnia toczę walkę z sobą, z życiem. A wiesz czemu ją toczę? Bo mam Ciebie, a właściwie MIAŁAM. Mam te siły, bo wiem że komuś na mnie zależy. Ale, masz rację. Dzisiaj tę walkę przegrywam. Nie będzie mi dane poczuć smaku zwycięstwa. Obyś ty to kiedyś posmakował... – odwracam się, zamykam oczy i idę. Idę, daleko. Byle dalej od niego. Duszę się. Duszę się oddychając jego powietrzem. Dochodzi jeszcze do mnie tylko kilka słów wypowiedzianych przez Maćka.

- To już nie jest mój problem, Anka.

Krzyczy je do mnie. Czuję się z tym lepiej, niż gdyby powiedziałby je cicho, do siebie. Tak, zdecydowanie czuję się z tym lepiej. Mimo to, idę dalej. Jeszcze tylko odwracam się na chwilę, by zobaczyć, jak Maciek odpycha kilku natrętnych dziennikarzy i rzuca goglami w stronę jakichś krzaków.

A ja biegnę, biegnę, byle dalej. Nie obchodzą mnie ludzie, na których wbiegam, nie obchodzi mnie, że potykam się o każdą nierówność drogi, każdy kamyk. Biegnę. Nie wiem właściwie gdzie.


Tak, nie wiem gdzie jestem. Nie pomaga mi to wcale. Łzy już dawno się wyczerpały, czuję się źle. Żeby nie myśleć o tym sprawdzam, czy mam aparat. Nie no, co za orient. Mam, torbę też mam. Aż dziwne, że nie zapomniałam tego sprzed skoczni. Jest mi strasznie gorąco, czuję, jak mocno serce mi bije. Siadam na jakimś kamieniu, patrzę w niebo. Od tego kręci mi się w głowie jeszcze bardziej. Wstaję i próbuję wyjść z lasu, do którego zabiegłam. Nie udaje mi się to, tracę równowagę. Maciek, co my zrobiliśmy?

----
Hej laski :*
Co u Was?
Wiem, wiem. 
Moja prędkość w dodawaniu postów jest tak wielka, że aż musicie czekać na rozdział ponad miesiąc.
Wiem i przepraszam.
Ale mam dużo tych zajęć.
Egzaminy :(
Ale już weszłam w tok pisania i akcja się rozwinie, więc mam nadzieję, że będzie coraz szybciej :)
Co myślicie o tym rozdziale? :)
Pozdrawiam